Na szczęście poniedziałek minął.
Nie cierpię poniedziałków. Z całego serca. Najchętniej w każdy pierwszy dzień tygodnia zawinąłbym się w kołdrę, schował się przed światem i nie wychodził z łóżka. A jeszcze lepiej leżeć tak wtulonym w swojego Chłopaka.
Choć przy smażeniu naleśników, popisuję się przewracaniem ich na drugą stronę w bardzo efektowny sposób, to gdy przychodzi ochota na omlet nie jestem już takim cwaniakiem.
Mogę podrzucać patelnię z naleśnikiem z zamkniętymi oczami, ale gdy jego "kolega" wymaga obrócenia, zaczynam się stresować. Zwykle ociągam się z tym do ostatniej chwili, nerwowo zerkając pod spód omleta czy aby na pewno już pora.
A wiadomo że to ostatni dzwonek.
I zwykle wychodzi nieporadnie, niezgrabnie i nieudolnie z kilkoma brzydszymi słowami w głowie (a czasem i na ustach).
Dziś nie było inaczej, a z racji poniedziałku jeszcze gorzej.
Może kiedyś.
Dobrze, że wygląd nie wpływa w żaden sposób na smak i omlet mimo swej niedoskonałości, był tak naprawdę idealny. Delikatny, puszysty i rozpływający się w ustach.




.jpg)