Miałem dzisiaj napisać zupełnie o czymś innym, ale życie nie pozwala mi się w żaden sposób nudzić i zapewnia ciągłą dostawę adrenaliny. Pragnę dlatego podzielić się z Wami moją niedzielą z emocjami.
Godzina 10, dzwoni budzik. Leniwie przeciągam się na łóżku. Spoglądam przez okno - piękne wiosenne słońce, ptaszki śpiewają. Pozostaję w nim jeszcze przez 2 godziny gapiąc się trochę bezmyślnie w komputer. Postanawiam wybrać się do sklepu po sprawunki na śniadanie. Szybki telefon do mamy, zakupy i jestem z powrotem w pokoju. Zrobiłem sobie śniadanie no i tak siedzę czytając materiały na jutrzejsze kolokwium.
Godzina 13:30 - wielkie dobijanie do drzwi. Nikt ze współlokatorów nie reaguje. Szczerze myślałem, że to goście jednego z nich, do którego znajomi przychodzą non stop. All day all night party -.- Otwieram drzwi a tam stoi starsze małżeństwo, trochę w stylu Janusza i Grażyny. Owa pani skacze do mnie z wielkim krzykiem, że zabiłem psa... Nadmienię tutaj, że ten imprezowicz miał psa, którego wziął ze schroniska. Nam wszystkim powiedział, że jego kolega na okres wyjazdu za granicę oddaje go pod jego opiekę. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie. Pierwsze pytanie w mojej głowie: Ale o co chodzi?! Pani drze się tak, że w sąsiedniej klatce na pewno ją było słychać i zarzuca mi wszystko, po czym informuje, że została powiadomiona policja. Mnie totalnie roztrzęsło. Pukam do pokoju owego lokatora - cisza. Po jakiś 30-40 minutach znów walenie w drzwi. Podchodzę otwieram i nagle ląduję na ścianie. Do mieszkania wpada 6 policjantów z wielkim krzykiem. Mnie i drugiego chłopaka przyciskają do ściany i zadają masę pytań. Uwierzcie mi, totalnie nie wiedziałem co się dzieje. Przeszukanie jego pokoju, wejście do naszych. Wersja świadków: widzieli jak ktoś wypchnął psa, po czym zamknął okno. Ja nic nie słyszałem i nie miałem o niczym pojęcia. Wrócił jeszcze lokator i lokatorka, oczywiście pytania itd. Do pokojów nie możemy wejść, mamy stać. Każą dzwonić po właściciela psa, bo jak on się nie zjawi to zabierają nas na 48h... Serio w tym momencie nie wytrzymałem i po prostu się poryczałem. Uwierzcie mi, że ilość nieprzyjemnych rzeczy, która mnie spotyka i to dzisiejsze zdarzenie przegięło strunę. Dlaczego mam za kogoś nastawiać karku? Policjant widząc mnie powiedział, że to był żart, bo chcą aby on przyszedł. Cóż chłopak dorosły tak bardzo odpowiedzialny, że powiedział przez telefon "pierdolę to" i na tym się skończyło. Gratuluję dojrzałości i brania odpowiedzialności za własne czyny. Z punktu widzenia policji on jest winny i on to zrobił. Zabrali nas na komisariat. Wyszliśmy w 4 osoby z asystą 7 policjantów. Oczywiście wszystkie stare i wredne baby patrzyły się na nas jak na kryminalistów.
Na komisariacie złożyłem zeznania, powiedziałem co dziś robiłem i to wszystko. Wypuścili mnie i resztę ludzi. Właściciel psa do tej pory się nie pojawił. Liczę na to, że jeśli on jest za to odpowiedzialny to poniesie surową karę. Naprawdę, psina była śliczna i szkoda mi jej ogromnie. Owy człowiek ma IQ 9 latka, więc nie powinien mieć możliwości posiadania żadnego żywego zwierzęcia.
Po tych wszystkich "atrakcjach" i nerwach jestem totalnie wypruty z sił... Nie mam weny na pisanie o czymś innym, bo ta śmierć psa mnie dobiła.